sobota, 6 września 2014

Rozdział drugi, część druga: Nieczucie

Wpadam na kogoś i przepraszam, chcę biec dalej, ale on mnie powstrzymuje i pyta, co się stało, dlaczego uciekam, a ja płaczę i płaczę, nie jestem w stanie przestać. Obejmuje mnie silnym ramieniem i prowadzi w stronę samochodu. Zaczynam się wyrywać i krzyczeć, zwracam na siebie uwagę innych ludzi, a on głaszcze mnie uspokajająco po głowie i mówi, że nikt nie zrobi mi krzywdy. Pomaga mi wsiąść do auta, zapina pas, po czym siada po stronie kierowcy i łapie mnie za rękę.
- Już nie musisz się bać.
Jego głos jest spokojny i wierzę mu. Rozklejam się, gdy tylko rusza z miejsca, bo wiem, że zabierze mnie gdzieś daleko stąd i nigdy więcej nie będę musiała tu wrócić. On ciągle się odzywa. Mówi, że ma na imię Ross, że pracuje jako pielęgniarz w miejskim szpitalu, że jestem bezpieczna i nikt nie zrobi mi więcej krzywdy. Potem pyta jak się nazywam, ale z moich ust wychodzi tylko szloch. Głaszcze mnie jedną dłonią po ramieniu, a ja przyklejam się do drzwi, świadomie unikając dotyku.
Zatrzymuje się i wysiada, po czym otwiera drzwi po mojej stronie i pomaga mi wydostać się na zewnątrz. Prowadzi mnie chodnikiem w stronę wejścia do szpitala, a ja nie oponuję, bo nie mam na to siły. Dopiero teraz dopada mnie potworny ból i zmęczenie, z którymi nie mam siły walczyć. Kręci mi się w głowie, a oczy zachodzą mgłą i chwilę później jest całkowicie czarno.
***
Włączam się powoli. Najpierw czucie w dłoniach, później suchość w gardle, zapach w nozdrzach. Na samym końcu oczy. Jasne światło mnie razi, wręcz na powrót przymykam powieki. Słyszę szepty. Znajome głosy, palce splecione z moimi, oddech na policzku.
- Budzi się.
Głos tak dobrze mi znany, niemalże jak mój własny, wyuczony na pamięć, zmusza mnie do ponownej próby spojrzenia w bok. Tym razem idzie mi dużo prościej, mając motywację w postaci burzy rudych włosów. Dostrzegam coraz więcej szczegółów: piegi na policzkach, zatroskane oczy, rozwarte usta. Pragnę wymówić jej imię, ale moje ciało odmawia posłuszeństwa, więc milczę zaparcie, jakby ktoś przykładał mi broń do skroni. Przesuwam wzrok na mężczyznę stojącego obok. Potrzebuję dłuższej chwili, żeby skojarzyć go z moim wybawcą. Zalewa mnie fala wdzięczności, ale i ona nie przemywa mojego gardła.
- Max, kochanie… - Szept jest urwany, jakby Jenny również miała splątane struny głosowe. Pospiesznie ściera łzy z twarzy i powraca do mnie wzrokiem, jakby bojąc się, że zaraz ucieknę. Cierpną mi palce od silnego uścisku, ale nie mam siły nawet na grymas niezadowolenia. – Już wszystko dobrze, słyszysz? Już jest w porządku.
Chcę jej wierzyć. Zielone oczy, w których nigdy nie widziałam fałszu teraz mówią mi, że Jenny wcale nie jest tak pewna swoich słów. Ja również nie jestem w stanie przyznać jej racji, więc nawet nie próbuję się odezwać.
Wybawca szepce coś do ucha mojej ukochanej, po czym wychodzi z pomieszczenia, uśmiechając się do mnie łagodnie na pożegnanie. Nie odwzajemniam tego gestu, bo jestem sparaliżowana strachem. Mam wrażenie, że gdybym tylko się poruszyła, wszystko dookoła zniknęłoby, a ja znalazłabym się ponownie w ciemnej piwnicy, gdzie jedynym źródłem światła są oczy oprawcy.
Chwilę później pojawia się dwóch lekarzy i pielęgniarka. Najwyższy z nich ma nos podobny do Jimmy’ego. Drugi ma identycznie zarysowaną szczękę. Kobieta mogłaby być równie dobrze jego żoną. Widzę w nich wszystkich to zło, które więziło mnie w ciemnościach i ukrywam się w zielonej przestrzeni tęczówek Jenny. Słyszę zadawane pytania, ale te giną w plątaninie moich myśli. Nie jestem w stanie skupić się na żadnym.
- Ona musi odpocząć. Dajcie jej trochę czasu.
- Prędzej czy później rozmowa z lekarzami i policją będzie konieczna – informuje któryś z mężczyzn. Nie podoba mi się ton jego głosu, dlatego pozwalam sobie na zignorowanie go.
- W takim razie później – ucina Jenny, odwracając się do nich tyłem. Siada na brzegu łóżka i przesuwa delikatnie opuszkami palców po moim policzku. To pierwszy raz, kiedy czuję ją tak blisko od tamtej nocy, kiedy rozstałyśmy się pod jej mieszkaniem. Spoglądam na nią uważnie i widzę jak energia opada z niej nienaturalnie szybko. Zdaję sobie sprawę, że przy lekarzach trzymała gardę, grała silną, bo któraś z nas zawsze musi taka być. Teraz, kiedy w końcu zostajemy same, może sobie pozwolić, by w końcu okazać słabość. Pozwalam jej płakać i szeptać niewyraźne słowa, głaszczę ją po głowie i sama też ronię łzy, choć byłam pewna, że te dawno się skończyły. Przytrzymuję ją blisko siebie, bojąc się że mogłaby odsunąć się choćby po to, by znaleźć wygodniejszą pozycję.
Nie mam pojęcia, ile czasu leżymy splątane nogami, jak jedno ciało rozszczepione w dwa. Żadna z nas nic nie mówi, komunikujemy się poprzez dotyk. Przesunięcie dłoni po ramieniu to wyraźna próba sprawdzenia czy ta chwila nie jest jedynie omamem. Opuszki palców na wargach zastępują wszelkie niewypowiedziane troski, a przygarnięcie do siebie i szloch to najtrudniejsze kochanie, jakie mogę sobie wyobrazić. Tracę kontakt z rzeczywistością, zupełnie mnie ona nie interesuje.
***
Kolejny tydzień jest serią badań i zeznań. Szanse na złamanie Jimmy’ego maleją, bo nie jestem w stanie powiedzieć im, gdzie mnie przetrzymywał. Minęło tyle czasu, że zdążył uciec. Nie mówią mi o tym, ale zdaję sobie z tego sprawę. Chcę, żeby go znaleźli i zniszczyli, doprowadzili do rozpadu komórek. Chcę, żeby go rozstroili i pozostawili na pastwę losu. Chcę mieć wpływ na jego dalsze życie, aby było paskudniejsze niż moje dziewięć dni w piekle. I choć nie wierzę w żadnego Boga, modlę się o to, by dosięgła go sprawiedliwość.
Siedzę w wygodnym fotelu, pokrytym czerwono-złotą narzutą, podobną do tych, które miała w domu moja babcia. Skubię nerwowo rękawy swetra i podkurczam palce z nadzieją, że sesja tym razem skończy się szybciej, a ja będę mogła wrócić do domu. Mój psycholog jest niskim, siwiejącym mężczyzną dochodzącym do pięćdziesiątki. Wygląda dużo starzej i często mówi, że to przez pracę. Wypytuje mnie o moje sny, wspomnienia, odczucia, o strach, o nienawiść, o złość. A ja zawsze odpowiadam w ten sam sposób, jak gdybym miała w zanadrzu tylko tę mantrę i nic innego.
- Nie ma we mnie nic, prócz chęci zapomnienia o tym.
Kłamię i wiem, że pan Irwing doskonale zdaje sobie z tego sprawę. To popycha go do kolejnych pytań. Snuje swoje teorie na temat mojego wyparcia, uważa że to system obronny, który na dłuższą metę niestety mi nie pomoże. W końcu będę musiała zmierzyć się z rzeczywistością i zauważyć, jak wiele jest we mnie emocji, które nie mają nic wspólnego z zapomnieniem.
- Mam dla pani zadanie – stwierdza, uśmiechając się łagodnie. Przesuwa dłonią po kancie spodni i skupia wzrok na mojej twarzy. – Chciałbym, aby napisała pani list do Jimmy’ego. Nie będę sugerował, co powinno się w nim znaleźć. Chcę jednak, żeby pani nie myślała przy tym zbyt wiele. Niech się dzieje, co chce, a słowa płyną własnym rytmem.
Rozstajemy się, a ja nie mogę myśleć o niczym poza otrzymaną próbą. Nie chcę marnować wkładu na choćby jedno słowo, które miałoby być skierowane do mojego osobistego diabła. Dlaczego mam pisać do kogoś, kto mnie zniszczył? Czy tacy (nie)ludzie wciąż zasługują na to, by o nich pamiętać i odnosić się do nich jakkolwiek? Gardzę tym zadaniem, a mimo to czuję nadmierną potrzebę wyrzucenia z siebie nadmiaru emocji, który mnie tłamsi.
Wchodzę do mieszkania, skopuję z nóg buty i udaję się do gabinetu. Zwyczajowy porządek zastępuje wszechobecny bałagan. Nie widzę powodu, dla którego miałabym pozbywać się pustych butelek, opakowań po pizzy czy rolek po zużytym papierze toaletowym. Przekopuję się przez mój własny chlew i siadam na krześle obrotowym. Spoglądam dookoła na sprzęty fotograficzne, które jeszcze nie tak dawno były moją ostoją. Teraz samo patrzenie na nie wprawia mnie w gorszy nastrój. Zepsułam się jak klatki filmu wystawione na światło. Jestem już bezużyteczna.
Wyjmuję notes i długopis, po czym spoglądam na własne ręce w oczekiwaniu aż te same zaczną tworzyć bez potrzeby mieszania mnie w ten proces. Chcę uniknąć kontaktu ze złem nawet w formie pisanej, mimo że zdaję sobie sprawę iż głupotą jest wierzyć, że wypłynie z kartki papieru i zaatakuje mnie.
Biorę głęboki oddech. Nie udaje mi się uspokoić, ale przynajmniej znajduję w sobie wystarczająco wiele odwagi, by zabrać się za zadanie. Nie mam zamiaru przekładać tego na później ani wymigiwać się temu. Jest tu i teraz, mogę to zrobić.
Niszczycielu,
Ten list jest tylko i wyłącznie formą nienawiści. Nie ma we mnie nawet grama zrozumienia dla twojego działania. To, co zrobiłeś pozbawiło mnie godności, dumy, otwartości umysłu. Teraz jestem zamknięta w niewielkiej klatce, mniejszej nawet od pomieszczenia, w którym mnie przetrzymywałeś. Obdarłeś mnie z człowieczeństwa. Widzę w tobie zło. Widzę w tobie diabła. Widzę w tobie koniec świata. Jesteś ciemnością. Nie tą uwielbianą przez miliony; nie jesteś nocą ani przygaszonym światłem w pokoju. Jesteś ciemnością na dnie studni, jesteś ciemnością w kopalni, jesteś ciemnością w świecie Hadesa, gdzie Cerber o trzech głowach liże z radością palce swojemu najgorszemu, swojemu wysłannikowi. Czy zagarniając moją wolność, niszcząc ją, miałeś świadomość, że ludzki umysł jest podatny na stres? Czy przewidziałeś, że mogę uciec, a potem wciąż czuć się uwięziona? Nie sypiam. Za bardzo się obawiam, że wiesz, gdzie mieszkam, że znajdziesz mnie i przywłaszczysz sobie na nowo. Życzę tobie wszystkiego, co najgorsze. I choć z natury nie jestem mściwa, chciałabym żeby bolało cię całe ciało. Chciałabym, żeby bolało cię życie. Żeby bolało cię samo istnienie. Zgiń mi, zgnij, skończ się.
PS Nie widzę powodu, dla którego powinnam okazywać tobie szacunek dużą literą.

Z nienawiścią,
Max

Tak, jestem frajerem i dodaję rozdział po czterech miesiącach.
I do tego jeszcze taki, za którego mam ochotę się wychłostać.
Zróbcie to Wy.

Obserwatorzy